środa, 29 czerwca 2016

Licytacja

Są takie dni, choć niestety rzadko ;), kiedy nasz mały Szkrab jest dzieckiem idealnym i mogłabym zrobić generalne porządki, ugotować wymyślny obiad, spokojnie poprzeglądać Internet i jeszcze odpocząć.
Na ogół jest "normalnie" - trochę zabawy, trochę snu, trochę "współpracy", kiedy On zajmie się czymś, co pozwoli mi zjeść spokojni śniadanie, pozmywać czy ugotować obiad.
Ale i takie dni bywają, że zaparzenie kawy to wyzwanie na miarę skoku na bungee, a z ugotowaniem obiadu nawet NASA by tak sobie nie poradziła :P

Nie, nie żalę się. Jest mi z tym dobrze :) Jak to mawia mój Mąż bo tak mawia Jego kierowniczka w pracy - u nas jak w Lidlu - codziennie coś nowego ;)

W czym rzecz? Ano w tym, że mimo, iż nie mam już teraz zapędów na perfekcyjną panią domu, ani nawet czasem na bardzo dobrą ;) to zwyczajnie czasem mam pretensje, że to ZNOWU JA muszę pozmywać, że jak ja nie posprzątam, to NIKT tego nie zrobi (w sensie Mąż, bo przecież nie wymagam sprzątania od niespełna rocznego dziecka), i jak ja nie ugotuję to będziemy jeść "nic".
Nie, o to też nie mam żalu. Czasem po prostu ciężko odpuścić. I nie to, że On nie pomaga - jest świetnym operatorem odkurzacza, idealnie szoruje wannę i regularnie robi(my) zakupy. Czasem po prostu ma się dość.
Bo czy talerze same lewitują do zlewu? Tak trudno postawić szklankę na stole zamiast na podłodze pod łóżkiem? Czy idealne miejsce na kubeczek po zjedzonym serku to stół albo szafka? Te i więcej pytań każda kobieta pewnie zadaje sobie niejednokrotnie i niejednokrotnie, pomimo próśb, fochów i z opadającymi rękami sprzątania bez słowa krytyki, zastanawia się, ile razy można powtarzać to samo.
Czasem nie zwracam na to uwagi, czasem - po prostu mnie roznosi od środka.

Bywa, że wieczorem Mały zasypia po kilku minutach, ale dość często wieczorny rytuał przeciąga się nawet do godziny. Mąż zwykle w tym czasie, aby to nam nie przeszkadzać, w pokoju obok ogląda tv, czyta albo przegląda Internet. Tak - żeby nie przeszkadzać. Ale czasem wcale by nie przeszkadzał. Tak wiem, że pracuje i chce odpocząć, ale mam to "praca" 24/7. Też by się czasem chciało ot tak pooglądać tv czy książkę poczytać.

Nie, nie mam pretensji. Nie, nie mam złego i obojętnego Męża.
Jestem czasem zmęczona, ale chyba po prostu każdy ma czasem dość.

Do czego zmierzam skoro się nie żalę?
Ano do tego, że trzeba umieć odpuścić, czasem coś "wymóc", a generalnie robić swoje.

Zdarzyło się kilka razy, że brudne naczynia przekroczyły wysokość zlewu, a wypicie herbaty było zwyczajnie niemożliwe, bo nie było w czym zrobić ani czym zamieszać.
Nie, nie zawsze "zabijałam się", żeby trochę to ogarnąć. Czasem wręcz przeciwnie - zostawiałam ten bałaganik, tak by Mąż go w końcu zauważył, albo przestał udawać, że nie widzi ;) i że jednak samo się nie pozmywa hehe ;)
Czasem zwyczajnie nie gotowałam obiadu skoro nie było w czym, przynajmniej teoretycznie :P albo planowałam taki, który można na szybko zrobić w góra 30 minut bądź ukryć w lodówce ;)

W życiu generalnie lubimy się licytować: "jak ja nie pozmywam to jest nie pozmywane", "ciągle tylko ja sprzątam", "znów tego nie odniosłeś do zlewu", "znowu kupiłeś* coś tylko dla siebie", "...", itd. Można by mnożyć przykłady. A czasem rozwiązanie jest dość proste: ustalić zasady tej "gry" i licytować się, ale... TYLKO W MIŁOŚCI.

Źródło: https://web.facebook.com/933981876678756/photos/a.949331611810449.1073741828.933981876678756/961462697264007/?type=3&theater

* Piszę z ukierunkowaniem na "onego" a nie na "oną", ale to działa oczywiście w obie strony.

PS. Mój Mąż lubi powtarzać, że On kocha mnie bardziej. I taka licytacja słowna jest fajna. Ale jeszcze lepiej, gdy wyraża się ją gestami i czynami :)
Czytaj dalej »

wtorek, 31 maja 2016

Kurs przedmałżeński z przymrużeniem oka ;)

Dziś troszkę na wesoło :)
Ale zanim o tym, co w temacie - kilka słów o naszym prawdziwym kursie przedmałżeńskim.
Mianowicie - chcieliśmy uniknąć kursu przy którejś z naszych parafii, by nie było to tylko na zasadzie "odbębnienia" i "zaliczenia", a zależało nam też, by nie ciągnęło się to tygodniami, więc specjalnie poszukaliśmy "czegoś więcej", ale w weekendowej formie, i tak wylądowaliśmy w Krakowie ;) tam miało być to "coś więcej" - tam był "Kurs na miłość". I poniekąd było - jednego dnia zajęcia prowadził znany wielu osobom ks. Stryczek od Szlachetnej Paczki, drugiego - wieloletnie małżeństwo, zajmujące się także poradnictwem rodzinnym. Generalnie ok. Ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że brakowało tam warsztatów, czasu na "przetrawienie" i możliwości spokojnej rozmowy bez świadków w postaci kilkudziesięciu innych par ;)



Teraz zdecydowałabym się raczej na spotkania weekendowe, ale takie kilkutygodniowe, na zasadzie jeden temat - jedno spotkanie.

Jak dobrze przygotować się do życia po ślubie? Da się w ogóle?


O tyle o ile dobrze się skorzysta z dobrego kursu przedmałżeńskiego (jeśli chodzi o typowe przygotowanie). Natomiast tak ogólnie – raczej nie w rozumieniu dosłownym (tak samo jak nie zrozumie się bycia rodzicem, nie mając własnych dzieci, mimo opieki nad siostrzeńcem czy pracą w przedszkolu. Bo to po prostu nie to samo. Nie ta sama odpowiedzialność). Każdy etap znajomości ma swoją wagę, przed ślubem nic jeszcze nie jest „na pewno” (nie chcemy filozofować, że po ślubie teoretycznie też nie musi być – zakładamy, że małżeństwo jest nierozerwalne aż do śmierci). Tak więc najlepsze przygotowanie to nie marnowanie czasu przed ślubem i dążenie do jak najlepszego poznania się, ustalenia priorytetów i zaplanowania przyszłości. Ale to także uważna obserwacja małżeństw wokół, a przede wszystkim własnych rodziców, i wyciągnięcie wniosków – co dobre – „pożyczam”, co złe – odrzucam.

Przygotowanie do małżeństwa odbywa się na bieżąco także w samym małżeństwie :) tak tak! Już po ślubie pojawiają się nowe sytuacje, problemy, których wcześniej po prostu nie było okazji przepracować. Już w małżeństwie, pracując nad nimi, mamy swoisty kurs na dalsze lata.

Ale przechodząc do sedna i abstrahując od dosłownego rozumienia kursu przedmałżeńskiego - znalazłam kiedyś w Internecie taki oto kurs dla mężczyzn, i choć z niektórymi punktami się nie utożsamiam, to powiem Wam, że jest w tym sporo prawdy ujętej w formie humoru :) i o tym chyba naprawdę na kursach przedmałżeńskich mówić powinni hehe ;)
Nie będę tego komentować, pozostawiam Wam radość z poniższej listy zadań, a powiem tylko tyle, że dla mnie nadal jest wiedzą tajemną, czym różni się kosz na brudne rzeczy od podłogi obok ;)

Uśmiechnij się! :) Nie pozostanie Ci po ślubie nic innego, bo niełatwo to zmienić ;)



Źródło obrazków z kursem: PrtSc z: http://www.digart.pl/forum/temat/875763/ZAPROSZENIE_NA_WARSZTATY_DLA_MEZCZYZN_.html
Czytaj dalej »

poniedziałek, 23 maja 2016

Spotkania z Davidem Copperfieldem

Dzieciństwo wspominam dobrze. Nie wszystko miałam, nie jeździłam na wszystkie szkolne wycieczki, czasem zdzierałam spodnie, które dostałam od kogoś "w spadku", czasem dostałam klapsa, czasem płakałam z powodu kolejnej kłótni rodziców, czasem byłam samotna, czasem... choć nie było idealnie - wspominam ten czas z nostalgią. Może nie dorosłam jeszcze do dorosłości? A może to po prostu normalne?
Kto był moim "przewodnikiem"? Nie powiem, że rodzice, choć w jakimś stopniu na pewno - siłą rzeczy. Jakieś "wybitne jednostki", z którymi się stykałam na co dzień? Niekoniecznie, raczej epizodycznie.

Mój Mąż też dobrze wspomina dzieciństwo. Zawdzięcza rodzicom wiele dobrego, bo robili co mogli, by wszystko miał. Oni w Nim zaszczepili to, że niedzielę spędza się razem i nawet po ciężkim tygodniu zabiera się kanapki, wodę i jedzie na jakąś wycieczkę.
U mnie w domu czegoś takiego nie było, poza wyjazdami do babci, ale na studiach, kiedy mogłam być bardziej niezależna, też sporo jeździłam, przy okazji zwiedzałam, a potem już nie sama, ale z chłopakiem, narzeczonym, Mężem, a teraz we trójkę.
Pierwsze miesiące po porodzie oczywiście troszkę nas "uziemiły", ale od jakiegoś czasu znów zaczęliśmy małe niedzielne wycieczki i planujemy te większe.



Kiedyś podróżowaliśmy tylko dla siebie. Dziś robimy to także z myślą o naszym małym Smyku, by też kiedyś na wspomnienie dzieciństwa robiło mu się ciepło na sercu. By był otwarty na świat. By miał co w ogóle wspominać. Teraz jeszcze tego nie zapamiętuje i nie rozumie, ale kiedyś będzie. Będzie oglądał zdjęcia. Będzie słuchał naszych opowieści.

Ale nie chodzi mi nawet o takie duże "odkrycia". Czasem wystarczą rzeczy prozaiczne. Nowy smak lodów. Zjeżdżalnia na placu zabaw. Wspólne czytanie bajek. Samodzielnie naprawiony samochodzik. Wieczorne podlewanie ogródka. Itd.

Jest początek grudnia ubiegłego roku; Siódmy dokładnie. Leżymy we trójkę, z Mężem i Synkiem, na łóżku w nadziei, że Młody w końcu postanowi zasnąć. Mąż bawi się tubką z kremem wsuwając w zaciśniętą pięść i wysuwając z drugiej strony, co dla dzieciaka mogłoby świadczyć o znikaniu tubki. W pewnym momencie Mąż mówi do mnie:
- Ja jestem dla Niego jak David Copperfield.
Zaczęłam się najpierw śmiać. Ale po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że poniekąd ma rację. 



Abstrahując  od ten historyjki - tak powinniśmy starać się wychowywać nasze dzieci, by dać im to co najlepsze i być dla nich najlepszymi nauczycielami i wzorami. By nie musiały szukać ich u obcych.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 maja 2016

"Fajka" pokoju

Pozostając nieco w tematyce "kościółkowej" chciałabym napisać o jeszcze jednym naszym zwyczaju(?), rytuale(?). Piszę ze znakiem zapytania, bo generalnie jest to zachowanie i gest naturalny i powszechny w kościele, nie zawsze praktykowany, a chyba raczej działa to na zasadzie "co parafia to zwyczaj".
Tak. Chodzi mi o przekazywanie sobie znaku pokoju.





Jak wiecie - można tylko "kiwnąć" głową lub podać rękę. W mojej parafii rodzinnej rękę podaje się tylko najbliższym/znajomym, natomiast do pozostałych uczestników mszy po prostu właśnie skłania się głowę. U Męża tylko skłania się głowę. Natomiast w naszej obecnej parafii podaje się rękę każdej najbliżej stojącej osobie. Osobiście, nie wnikając w kościelne "pisma", uważam tę drugą opcję za bezsensowną, bo nie widzę celu w przekazywaniu sobie znaku pokoju "na zaś". Może dlatego, że rozumiem to jako przeproszenie się za ewentualne nieporozumienia i "wyprostowanie" tym gestem relacji między sobą. Takie powiedzenie sobie "jest ok", "już się nie gniewam" albo "już się nie gniewaj, przepraszam".
W sumie nie chcę wnikać w teologiczno-filozoficzne znaczenie tego gestu, a powiedzieć, jak to wygląda u nas. Czyli w sumie zwyczajnie. Podajemy sobie ręce, jest to mocny wymowny uścisk, a mój Mąż zawsze mówi przy tym "pokój z Tobą..." i tu pada zdrobnienie mojego imienia. Bardzo to miłe :)
Takie to zwykłe prawda? Do czego więc zmierzam?
Byliśmy świeżo po ślubie. Ale generalnie od początku naszych wspólnych wyjść do kościoła, to ja zawsze wyciągałam rękę pierwsza do znaku pokoju. Tak byłam nauczona. Raz jednak postanowiłam zrobić "test", ręki nie podać i... po mszy rozpłakałam się w samochodzie. Bo On nie podał mi ręki wcale. I był w szoku, że to ma dla mnie aż takie znaczenie.
Tak - ma. Bo po całym tygodniu, kiedy zdarza się nam pokłócić, odburknąć coś zamiast spokojnie powiedzieć, czasem mieć focha itd., to jest jeden z najważniejszych dla mnie momentów, żeby sobie "dać znać", że "i tak" jest po prostu dobrze.

I jeszcze nasza "fajka" pokoju :) - i tu nie wnikając w dosłowne znaczenie :P
Mianowicie od kilku tygodni mój Mąż zaczął stosować, że tak to określę, pewien bardzo fajny, prosty, miły, w sumie zwyczajny gest, który świetnie się u nas sprawdza. Co to takiego? Zwyczajny buziak w policzek.
A działa to tak - uogólniając: jak się na siebie zezłościmy, to to jest właśnie buziak na przeproszenie.
Powiem Wam, że to jest chyba trafiony w dziesiątkę sposób mojego Męża na poskromienie złośnicy - Żony Niedoskonałej ;) Działa zwykle od razu! I naprawdę nie łapę wtedy focha :)
Polecam spróbować! :)
Czytaj dalej »

środa, 11 maja 2016

Za rękę




Nigdy natomiast nie wyobrażałam sobie trzymania się za ręce w kościele. Widząc raz pewne dobrze nam znane małżeństwo, będące dla nas jakimś tam przykładem, trzymające się podczas mszy pod rękę (nie byliśmy wtedy jeszcze chyba nawet narzeczeństwem) wzbudziło we mnie jakiś tam niesmak. Czemu? W sumie to nie wiem. Ludzie ulegają różnym stereotypom albo potrafią coś wziąć tak bardzo do siebie, że zrobią wszystko, by to ich nie dotyczyło. Być może właśnie z zasłyszanej kiedyś historii albo z kazania ks. Pawlukiewicza (który dla mnie jest, może nie autorytetem, ale... hm... głosem rozsądku z dobrą formą przekazu) taka postawa się u mnie zrodziła. Mianowice narzeczeni przyszli do kancelarii dać na zapowiedzi i cały czas trzymali się za ręce. I to podobno nie było dobre, skoro nawet na chwilę nie potrafili zrezygnować z dotyku i bliskości. Poza tym uważałam, i uważam nadal, że kościół to jedno z tych miejsc, gdzie trzeba zachować się stosownie i adekwatnie do sytuacji.

Przez cały czas odkąd byliśmy razem, pomijając kilka sytuacji pod koniec ciąży gdy już nie byłam w stanie, na każdej mszy św. byliśmy razem! Tak - odkąd zostaliśmy parą każdą niedzielę i święta spędzaliśmy razem, u mnie bądź u męża, z moją lub jego rodziną, bądź podróżując, i zawsze szliśmy razem na mszę. To był, i nadal jest, taki nasz rytuał, "sposób na niedzielę", zwyczaj, postanowienie.

Podczas narzeczeństwa, a nastąpiło ono szybko, zdarzało się, że Niedoskonały próbował wziąć mnie za rękę w kościele, ale czułam się bardzo niezręcznie i unikałam takich sytuacji. Zresztą pochodzę z małej miejscowości i zawsze gdzieś w głowie było to "a co ludzie powiedzą".

Moje nastawienie zmieniło się po ślubie. Jakoś tak naturalnie wyszło, że kiedy siedzimy, On bierze mnie pod rękę. Teraz nawet oczekuję tego! Czasem, kiedy się ociąga ;) to sama tę rękę mu daję ;) i teraz nawet widzę w tym jakiś sens. W końcu jesteśmy małżeństwem. Jednością. Przysięgaliśmy przed Bogiem. To czemu teraz nie pokazywać się przed Nim w tej jedności? Nie pokazywać Jemu i innym, że trwamy razem? Że jesteśmy szczęśliwi? Że się kochamy? Że ta przysięga to nie tylko puste słowa?

Tak więc trzymamy się za ręce, można powiedzieć, zawsze. A to trzymanie się w kościele jest dla mnie szczególne. Bo przed Bogiem pokazujemy, że mimo nieporozumień, tarć, nadal trwamy razem i mamy się dobrze! Ja osobiście czuję się wtedy zobowiązana walczyć o to, by tak było zawsze.



Czasem taki mały, dla osób będących w związku chyba nawet oczywisty, gest trzymania się za ręce, może wiele zmienić. I może myślę źle, wrzucam wszystkich do jednego worka, albo po prostu są pary, które tego nie potrzebują lub nie przywiązują do tego wagi, ale kiedy właśnie widzę jakąś parę, zwłaszcza znajomych, którzy idą obok siebie i za ręce się nie trzymają, a w tym czasie także nie rozmawiają, to myślę sobie, że między nimi nie jest dobrze. Tak - trzymanie się za ręce to też pewnego rodzaju rozmowa. Mocniejszy uścisk. Pogłaskanie po dłoni. To też sposób komunikacji.

A na koniec krótka historyjka. Byliśmy wtedy już narzeczeństwem, spotkaliśmy się "na mieście" i mocno posprzeczaliśmy. I w dramatycznym momencie, w złości, poszliśmy w różne strony. Ale wróciłam się za Nim i złapałam Go za rękę. I to naprawdę wystarczyło.


Czytaj dalej »