czwartek, 21 kwietnia 2016

Wspólne dobro - wspólne konto

Tak się jakoś złożyło, że wczoraj w jednej z grup na Facebooku, przy temacie o zakupach wywiązała się dyskusjach o koncie bankowym, a konkretnie - konto wspólne czy każdy z małżonków powinien mieć swoje? A na dodatek o tym samym mówili wczoraj w "Pytaniu na śniadanie". Tych drugich wypowiedzi akurat słuchać nie mogłam, a raczej narzucającego z góry zdanie tonu wypowiedzi. Generalnie nie lubię, jak zapraszają tam pseudo-gwiazdy lub pseudo-fachowców, aby wypowiadali się na tematy nienaukowe, bo przecież ile osób tyle zdań i każdy może mieć swoje. Jeden powie, że zima jest be bo jej nie lubi i często wtedy choruje, drugi powie, że jest super, bo można na nartach pojeździć. Czy któryś ma rację bądź jej nie ma?

No właśnie. Podobnie było i z tym tematem. Ja subiektywnie powiem wprost - mamy wspólne konto i uważam, że to rozwiązanie jest super! Wspólne wpływy, wydatki, oszczędności, wszystko w jednym miejscu i każdy ma dostęp.
U nas to jest akurat tak, że mamy swoje karty, ale konto internetowe obsługuję tylko ja. Mąż generalnie hm... nie lubi? nie umie? nie potrzebuje? - nie ma tu dobrej odpowiedzi, w każdym razie skoro mogę ja się tym zająć to on nie musi ;) On teraz dba głównie o to, by było co wydawać hehe ;) taki żart:P



Ale wracając do sedna - czemu jedno? Jest to dla nas wygodne, bo wszystko mamy na bieżąco w jednym miejscu. Zwłaszcza, że Mąż otrzymuje wypłatę na początku miesiąca, a ja pod koniec, więc nie musimy kombinować, z czyjego konta coś zapłacić, czy wypłacić. Poza tym na bieżąco wiemy, ile dokładnie mamy - nie musimy nic sprawdzać, dodawać, odejmować i przelewać z konta na konto w razie potrzeby. No ale przede wszystkim - skoro jesteśmy jednością - małżeństwem - to po co mieć oddzielne konta?

Kiedy się poznaliśmy, ja jeszcze studiowałam i pobierałam stypendia, Mąż kończył studia i szukał pracy. Początkowo były to prace dorywcze, z których czasem nie starczało mu nawet na utrzymanie od przysłowiowego pierwszego do pierwszego. Ja w tym czasie miałam co miesiąc wpływy na koncie niewiele mniejsze niż średnia krajowa. Po ślubie Mąż znalazł stałą pracę, ale za najniższą krajową, ja pracowałam na zlecenie, ale z prowizjami i premiami wyciągałam troszkę więcej od Niego. Teraz jestem na macierzyńskim, więc moje dochody troszkę  się obniżyły, za to zaraz po porodzie Mąż znalazł lepszą pracę i jak na ogólnokrajowe tendencje - zarabia nienajgorzej.

Po co to piszę? Żeby pokazać, że w tak krótkim czasie nasza sytuacja finansowa, najpierw indywidualnie, a po ślubie już wspólnie, zmieniała się dość dynamicznie. Gdyby każde z nas żyło tylko i wyłącznie za swoje zarobki, to ciągle któreś z nas musiałoby się zapożyczać. Razem - dajemy radę. Poza tym idea konta wspólnego to trochę konsekwencja podejścia do małżeństwa - podobnie jak z tym nazwiskiem z poprzedniego wpisu (tutaj można przeczytać). No i chyba najważniejsze - przecież skoro żyjemy razem, wspólnie mieszkamy, mamy wspólne dziecko, robimy wspólne zakupy by zjeść obiad z tego samego garnka na naczyniach umytych w wodzie i ugotowany na gazie, za które wspólnie płacimy rachunek, itd. itd., to po co rozdzielać środki, z których to wszystko może mieć rację bytu?

A na koniec, żeby nie było, że jest tak idealnie i kolorowo, to dodam, że jedyna rzecz, która, może nie tak do końca, ale jednak jest bardziej czyjaś, to samochód :P Mąż kupił go sobie jeszcze przed ślubem, ogólnie jest wielkim fanem motoryzacji, bardzo dba o to swoje "dziecko" i ja tak trochę właśnie ten samochód traktuję. On jest niby nasz, ale oboje mówimy o nim "mój" (Mąż) i "Twój" (ja). Może się to zmieni jak zmienimy auto albo kupimy drugie - moje ;)

No to tyle! A Wy jakie rozwiązanie wybraliście? Macie jedno konto czy osobne?
Czytaj dalej »

środa, 20 kwietnia 2016

Co warto obserwować. Pułapka

Ostatnio na jednym z blogów pojawiła się kwestia "jak ogarnąć" - pisać bloga, być na bieżąco, a równocześnie nie zatracić się w tym wirtualnym świecie i po prostu żyć.

Chcę tu troszkę nawiązać do jednego z ostatnich postów o potrzebie nieustannego bycia w tym wirtualnym świecie (czytaj więcej>>>), życia aktualnościami na temat swoich znajomych, wydarzeń i...

No właśnie. Myślę, że zgodzicie się ze mną, że przeżywamy pewien boom na pisanie blogów. Ten jest chyba zresztą najlepszym przykładem. Zamiast do szuflady czy do pamiętnika - to na blogu. Jedni całkiem otwarcie i prywatnie, inni tematycznie, trochę anonimowo. Ale generalnie - lubimy te nowości z blogów, często "osobistych", śledzić. Ludzie tacy już są, że lubią podglądać, inni z kolei lubią być słuchani/czytani, a jeszcze inni mają potrzebę dzielenia się tym, co robią.




Generalnie - jest podaż, popyt i rynek blogowy się kręci.
Absolutnie tego nie krytykuję - żeby nie było. W końcu sama w ten świat w jakimś stopniu wkroczyłam. Ale i on jest pełen pułapek, nawet dla biernego czytelnika, jakim sama do niedawna byłam.

Specjalnie poświęciłam dziś jedną drzemkę Smyka na pewne podsumowanie.
Tak więc na dzień dzisiejszy, jako osoba prywatna, polubiłam 266 różnych stron na Facebooku, z czego jedna trzecia (93) to strony dedykowane ślubowi, małżeństwu, kobiecie, matce, dziecku i tematom około tych wymienionych, przy czym brakuje tu kilku czy kilkunastu stron obserwowanych "tylko" na bloggerze i "tylko" jako Żona Niedoskonała.


Tak to wygląda w liczbach:
Rodzaj strony/temat
Kobieta
Ślub
Małżeństwo
Poród/karmienie
Matka
Dziecko
Inne
Blog
1
-
6
3
11
13
4
Społeczność
10
-
7
3
3
-
1
Grupa
-
3
3
-
-
-
-
Inne
3
2
4
4
2
8
2
Razem
14
5
20
10
16
21
7
Razem
93
Inne - witryny internetowe, portale edukacyjne dla dzieci itp. Inna tematyka to m.in. kilka blogów prowadzonych przez ojców.


To zapewne czubek góry lodowej tego, co można w tej tematyce "polubić", a i tak jest to ogrom treści, postów, linków, zdjęć i przeżyć osób, kryjących się za tymi wszystkimi informacjami.

Dodam, że nie należę do osób, które lajkują co popadnie, bo ktoś jakiś wpis "fajny" polubił, udostępnił czy zaprosił do polubienia strony. Zawsze przeglądam kilka/kilkanaście ostatnich wpisów, sprawdzam, czy są tam przydatne dla mnie treści, czasem taki "lajk" to efekt poszukiwań jakichś informacji, ale zawsze jest to przemyślane kliknięcie. Sama też zapraszam do polubienia jakichś stron w sposób przemyślany - jeśli wiem, że dana osoba coś z tego skorzysta.

I choć o tym wiem, to i ja dałam złapać się w tę pułapkę. O ile polubienie stron z kreatywnymi zabawami dla dzieci, grup wspierających małżeństwa czy blogów z "dobrymi treściami" były bardzo dobrym krokiem, o tyle duża część lajków to efekt "owczego pędu" i zjawiska, którego nazwać nie umiem, ale polegającego na śledzeniu wszystkiego, co nas jakoś dotyczy, nawet jeśli to nic konkretnego do naszego życia nie wnosi bądź treści są w zasadzie te same, a nawet znamy je ze swojej codzienności. Mam tu na myśli blogowe wpisy jak to dziecko jakieś słowo przy obiedzie przekręciło i była kupa śmiechu. Albo jak to ciężarna pod koniec ciąży nie ma co na siebie założyć. Itp. Itd.
Nie wiem, czy zauważyliście też pewną, nazwijmy to, "blogową falę". Po ustawie dotyczącej aborcji niemal każdy bloger napisał swoje zdanie na ten temat. Ktoś napisał o depresji poporodowej, napisała i reszta "blogujących mam". Ktoś wrzucił zdjęcie z cytatem, odnoszącym się do wychowania, a reszta udostępniła.
Trochę to jest tak, że jak właśnie robimy prawo jazdy, widzimy na ulicach mnóstwo "elek"; jak jesteśmy w ciąży, to widzimy pełno kobiet w ciąży, itd. I tak też chyba poniekąd działa to "lajkowanie".

Powiecie - twój post to bat na twoją własną d*** - poniekąd tak. W końcu mnóstwo jest blogów o małżeństwie, ktoś już pisał o obrączkach, randkach i innych codziennościach. I nie chodzi mi o to, żeby kogoś obrażać, zniechęcać - każdy chce dzielić się tym co najlepsze i każdy ma swoich czytelników i swoją publiczność. Powiedzmy też sobie otwarcie - dla blogera powodzenie bloga to też poniekąd wynik aktywności na blogach innych osób i "przechwytywania", a raczej zdobywania w ten sposób nowych czytelników, a przynajmniej ujawnienie się dla większego grona odbiorców.

To raczej apel do mnie samej, i do czytelników, o niepopadanie w pułapkę życia życiem obcych ludzi, a przemyślane śledzenie treści, które nas zalewają codziennie po czubek głowy i jeszcze wyżej. 
Cóż więcej pisać: inspirujcie się, podglądajcie, ale mądrze, i przede wszystkim żyjcie w świecie realnym, a nie wirtualnym!

PS 1. Na moim blogu w kolumnie po lewej, pod formularzem kontaktowym, może obserwować najnowsze wpisy z blogów, które ja sama obserwuję.

PS 2. Czeka mnie "rewizja" "lajków", część przerzucę pewnie na fanpage Żony Niedoskonałej, bo czasem strona główna mojego fejsa to istny groch z kapustą!
Czytaj dalej »

wtorek, 19 kwietnia 2016

Nazwisko i bunt

Znacie na pewno to, że osobom o określonych imionach często przypisujemy określone cechy i też mamy bądź nie mamy sympatii do osób o określonym imieniu, jeśli znamy kogoś, kto właśnie określone imię nosi, a my tę osobę lubimy lub nie.
Ja przykładowo nie lubię imienia Mariusz, choć obecnie nie mam styczności z nikim o tym imieniu, z kolei bardzo lubię imiona Piotrek, Paweł, Michał, które dość licznie występują w mojej rodzinie i moim otoczeniu.
Są też takie imiona, które kiedyś uznawaliśmy za dziwne, przestarzałe i odpowiednie dla osób starych, ale ponieważ poznaliśmy kogoś w zbliżonym do nas wieku, kto takie imię nosi - stały się one dla nas "normalne". Ja mam tak np. z Lucyną i Jolą.

Ale w sumie to nie o imionach chciałabym dziś się rozwodzić, choć mój Mąż twierdzi, że moje mówi o mnie dość sporo i to jak On odbierał do tej pory dziewczyny noszące to imię ma i u mnie potwierdzenie.

Dziś coś o nazwisku.

Zauważyłam, że już od dłuższego czasu panuje moda na podwójne nazwiska u kobiet. Będąc jeszcze w szkole średniej czy na studiach magisterskich, znałam zaledwie kilka osób, które zdecydowały się na takie rozwiązanie, z czego w większości podyktowane to było karierą naukową, a więc chodziło o to, by nie utracić pewnej rozpoznawalności (ogólnie rzecz ujmując). Mnie teoretycznie też to dotyczy/dotyczyło, ale ja od początku wiedziałam, że będę mieć tylko nazwisko po mężu.

Dziś, patrząc na koleżanki, które zmieniają po ślubie dane na facebooku, może nie większość, ale myślę, że co druga - co trzecia - zostawia swoje nazwisko i do tego dostawia to po mężu.
Nie wiem czy to tylko moda, przywiązanie, estetyka, ale nie do końca to rozumiem. Hm...

Ale wracając do mnie - nie chciałam dwóch nazwisk z przyczyn praktycznych - długie podpisy i fakt, że niektórzy potem i tak podają tylko jedno i czasem, chociażby w indeksie, nie było wiadomo co wpisać. 
Ale najważniejsze, co mną kierowało, to jakieś takie, powiedzmy, przywiązanie do tradycji i, być może przeze mnie samą dorobiona, ideologia z tym związania.

Jestem tradycjonalistką i zawsze "normalnym" było dla mnie, że żona bierze nazwisko po mężu, a on staje się głową rodziny. Nie mam oczywiście na myśli jakiegoś poddaństwa czy rezygnacji z własnej osobowości, ale jednak, jakby to określić, oddane się pod opiekę. Mam nadzieję, że dobrze mnie rozumiecie.

Znacie też na pewno powiedzenie o krakaniu wśród wron tak jak i one. W tym też coś jest. Małżonkowie, chcąc nie chcąc, przejmują od siebie dużo rzeczy - w końcu stają się, a przynajmniej dążą, do jedności. Czasem muszą z czegoś zrezygnować na rzecz wspólnego dobra.

No właśnie... zrezygnować. A więc zrobić czy zachować się inaczej niż normalnie by to miało miejsce. I tu przechodzę do sedna wpisu - czasem Mąż mówi do mnie, kiedy mamy jakieś spięcie bądź nie możemy znaleźć rozwiązania satysfakcjonującego obie strony - "bądź jak..." albo "nie możesz być jak...?" albo "nie możesz zrobić tak jak zrobiliby...?" (i tu pada nasze nazwisko w liczbie mnogiej). Przykładowo: "bądź trochę jak Nowakowie".

Na początku bardzo mnie to irytowało i od razu zaczynałam się buntować, uważałam to za zamach na mnie i moje "ja". Przychodziło mi to łatwiej, gdy wiedziałam, że Mąż ma rację albo że tak będzie najlepiej, ale samo sformułowanie i tak drażniło. Mój Mąż generalnie lubi pełnić rolę głowy rodziny, zresztą ja nie chciałabym nią być bo to takie niemęskie, gdy facet jest w cieniu kobiety (przynajmniej dla mnie), stąd takie próby dojścia do kompromisu, ale wiecie co? Zaczęłam się nad tym zastanawiać, i w zasadzie przyznawać mu rację. Z czasem łatwiej mi pójść na ustępstwo i zmieniać się na lepsze wiedząc, że teraz mam swoją rodzinę, inne nazwisko i inne życie. To nie znaczy oczywiście, że godzę się na wszystko, ale na to, co jest w mojej ocenie dobre, choć nie po mojemu. Ba, czasem nawet sprawia mi przyjemność to Jego gadanie! - w końcu jestem Jego żoną :P

Ciekawa też jestem, co powodowało kobietami, by pozostawić swoje nazwisko po ślubie, więc jeśli jakieś to czytają - pozostawcie coś po sobie w komentarzach :)




Czytaj dalej »

piątek, 11 marca 2016

Właściwie dlaczego?

W przysiędze małżeńskiej ślubujemy "miłość, wierność i uczciwość małżeńską".

O ile wierność możemy zdefiniować samą w sobie, a więc wierność to wierność, i podobnie uczciwość jako uczciwość, oczywiście zawsze z możliwością rozbudowy tych definicji w sposób opisowy, o tyle miłości nikt tak naprawdę jeszcze nie zdefiniował. Oczywiście można powiedzieć i o niej, że miłość to po prostu miłość, ale tak właściwie to co to właśnie jest?

Z tych trzech cech tylko miłość zaczniemy określać innymi cechami, które na miłość się składają. Tym samym będzie ona miała wiele definicji w zależności od potrzeb i preferencji poszczególnych osób. Pierwszy przykład z brzegu: dla jednych wyrazem miłości będzie duża swoboda, możliwość spędzania czasu wolnego ze znajomymi, ale niekoniecznie z towarzyszącym mężem czy żoną, dla innych z kolei wręcz odwrotnie - każda wolna chwila spędzona razem, wszystkie spotkania czy zakupy. 

Każdy kij ma dwa końce.
Miłość kojarzy się z czymś wzniosłym, nie do końca określonym, z motylami w brzuchu, emocjami, tym, czego nie można dotknąć, ale się to czuje. Z drugiej strony to drobne gesty, konkretne postawy, wyrzeczenia, postępowanie według określonych zasad. To co widać na zewnątrz.

Do czego zmierzam?
Ano do tego, że kilkakrotnie trafiałam na tego rodzaju myśl (zdjęcie znalezione gdzieś w internecie):



W krótszej formie: "Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości" (Paulo Coelho, "Alchemik").
Za pierwszym razem od razu włączyło się myślenie: jak to za nic? To niemożliwe! Nie można kochać bez powodu, bo wtedy w zasadzie można kochać każdego! Więc jaki sens w ogóle miałoby chodzenie z tym właśnie chłopakiem czy wychodzenie za mąż za tego właśnie faceta?

Potem zaczęłam męczyć Niedoskonałego, żeby sprawdzić czy moja teoria ma rację bytu. No i się zaczęło: "A za co Ty mnie właściwie kochasz?". Żeby nie było - w głowie od razu miałam listę pełną argumentów, dlaczego ja kocham właśnie Jego. I nawet nie chodzi o wyliczankę typu: "ładne oczy, dżentelmen, nie pali, rodzinny, dobrze wychowany, itd.". Główny argument to taki, że wiedziałam czego, w odniesieniu do chłopaka/narzeczonego/męża/życia w rodzinie, nie chcę, więc automatycznie to pomogło jasno określić czego od towarzysza życia oczekuję. Ale wracając do tych pytań: zapytałam raz, drugi, piąty, i ciągle tylko było "nie wiem, kocham i już". Raz się w końcu doczekałam konkretniejszej odpowiedzi, ale widocznie nie wytrzymał, choć cierpliwość to On ma naprawdę niezłą.
Nie, nie dało mi to spokoju. Trafiając po raz kolejny na te słowa, zaczęłam myśleć o tym, że moja miłość jest gorsza. Bo ja, wedle tego co powyżej napisałam, nie kocham za nic. Męczyłam się z tym trochę zanim też zaakceptowałam, że faktycznie może i tak jest z tą miłością, że kocha się i już. I że miłość mojego Męża nie jest lepsza a moja gorsza i odwrotnie, jest po prostu inna.

Ale to nie koniec tych perypetii. W gruncie rzeczy, po kilku miesiącach "trawienia" tych prawd, przyszło mi się zgodzić, że chyba faktycznie powodów jako takich do miłości nie ma. Nie chcę się tu bawić w filozofkę, ale chociażby zakładając, że każdy w gruncie rzeczy jest dobry i dobra pragnie, a jest tyle przypadków zakochiwania się w jakimś draniu czy puszczalskiej, to miłość albo faktycznie jest ślepa, albo faktycznie nie ma tego "za coś".
Ale przede wszystkim uświadomiłam sobie, że to co powoduje, że w kimś się zakochujemy, to jest to "coś" co dany człowiek po prostu ma jako konkretna osoba, wychowana w konkretnych warunkach, z konkretnym bagażem doświadczeń i konkretną mentalnością. Tak więc mogę powiedzieć, że kocham mojego Męża za to, że jest taki rodzinny, ale w gruncie rzeczy On nie jest taki dla mnie albo nie zrobił się taki dla mnie, ale tak został wychowany i ukształtowany przez swoich rodziców. Ktoś inny też mógłby Go za to kochać, ale na pewno byłyby takie osoby, którym by to przeszkadzało.

Ludzie się zmieniają. Mój Mąż często wyręcza mnie w odkurzaniu, w zasadzie ja robię to sporadycznie, ale gdyby tak nie było, to czy moja miłość do Niego byłaby słabsza? Nie sądzę.

Ludzie się zmieniają. Dochodzą nowe doświadczenia i przeżycia, które często są przyczyną zmian w życiu. A mimo to, nadal kochamy te same osoby. A więc w jakimś sensie nie istnieją powody do miłości skoro jesteśmy te zmiany w stanie akceptować i kochać dalej.

Ludzie się zmieniają. Gdyby się tak zastanowić z perspektywy czasu, to sporo osób chyba żeniło się czy wychodziło za mąż za kogoś innego. Czasem się wręcz słyszy od współmałżonka: "Zmieniłaś/-eś się". A miłość nadal jest.

Tak więc ja dziś, przynajmniej w jakiejś mierze, potwierdzam: Kocha się za nic.




Czytaj dalej »

wtorek, 8 marca 2016

Język miłości

Powinniśmy używać go na codzień - jasna sprawa.

Ale nie o tym, że to co mówimy, powinno brzmieć zawsze z miłością, chcę dziś napisać.

Dziś będzie o języku miłości, a właściwie "językach", bo jest ich dokładnie tyle, ile par na tym świecie.

Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, taki mały dowcip na początek:




I jak w każdym żarcie - jest coś w nim z prawdy. Oczywiście absolutnie nie namawiam do rozwodu! Ani zmiany mieszkańców w tym swoistym domowym "zoo". Ale...

Po pierwsze.
Czy będziesz kotkiem czy krową albo misiem lub baranem - zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. I nie chcę się dziś rozwodzić nad teorią "być albo nie być", czy też "mieć albo być". Dziś tylko o tym, co powierzchowne na pozór.

Tak więc po pierwsze - to, w jakie zwierze pozwolisz się zamienić - zależy tylko od Ciebie. Od tego, na ile sobie pozwolisz.

Ja często jestem "Kotusiem" albo "Żabką", mój Mąż pozostał w pełni człowiekiem i tak jest dobrze. Ale nie wyobrażam sobie nawet sytuacji, abym usłyszała, chociażby podczas kłotni, wtedy kiedy tyle negatywnych emocji ujawnia się w krótkim czasie, coś w rodzaju "ty głupia krowo", "małpo" albo "idiotko". Nigdy coś takiego nie miało miejsca i myślę, że nie będzie miało, ale gdy o tym myślę, to wydaje mi się, że gdyby to nastąpiło - byłby to koniec jakiejś "epoki" w naszym małżeństwie i coś by na pewno się złamało. W każdym razie potem nie byłoby raczej lepiej.
Tak więc - jeśli nawet kiedyś takie słowa pod Twoim adresem padły lub padną, od Twojej reakcji zależy, czy będą miały rację bytu przy następnej okazji.

Po drugie.
Kotki to w sumie fajne zwierzątka. Koty - w odniesieniu do kobiet - mnie osobiście kojarzą się negatywnie.
Czasem można zażartować: "Ty małpko!". Ale być małpą to raczej nikt by nie chciał.
"Żabka" w sumie nie jest zła, ale już "żaba", a nie daj Boże "ropucha"...

Tak więc znów - na jakie określenia sobie pozwolisz, tak już raczej do końca pozostanie.


Ale to co wyżej napisałam, to tylko jedna strona medalu. Na drugą odwrócę go słowami pewnej znajomej, z którą poniekąd  się zgadzam, że o dojrzałości i powadze związku nie świadczy bycie "Misiem" albo "Żabką", ale "Skarbem" czy "Kochaniem".

Ja jestem często "Kochaniem" i "Skarbem", podobnie jak i mój Mąż. I choć często takich określeń wobec siebie używamy już automatycznie, to jednak cały czas gdzieś tam w głowie brzmi ich waga.
Kiedyś podczas sprzeczki, ostro zareagowałam: "Nie Skarbie!", na co usłyszałam": "Dobrze, że chociaż jeszcze Twoim Skarbem jestem". :)

Ale w tym wszystkim najfajniejsze jest jeszcze to, że każdy związek ma takie swoje charakterystyczne zwroty czy słówka, które czasem niezrozumiałe dla innych, dla pary znaczą wszystko.

Ja powiem Wam o takich dwóch naszych moich ulubionych ;) powstały "jeszcze" w czasach narzeczeńskich (więc tak naprawdę nie tak znów dawno hehe) i były wynikiem zwyczajnej sytuacji, ale ich efekt towarzyszy nam na codzień do dziś.

Raz chciałam powiedzieć do wóczas Narzeczonego bardziej czule niż "Skarbie" i tak powstał "Skarbulek" :)

Innym razem natomiast taki dialog się wywiązał:
Ja: A Ty mnie w ogóle kochasz?
On: Kocham.
Po kilku minutach:
Ja: Ale naprawdę kochOsz?
On: KochOm kochOm.
Ja: Na pewno OSZ?
On: Ale że co?
Ja: No kochOsz? OSZ OSZ?
On: KochOm. OM OM.
I potem często było tylko tyle:
- Osz?
- Om.
A dziś zostało z tego "Om om", często mówione tak po prostu, ni z gruszki ni z pietruszki czasem, pisane w smsach z pracy. Takie tylko nasze "kocham cię" :)
Ta sytuacja przypomina mi jakiś film, w którym para zaczynała dzień od powiedzenia chyba jakiejś liczby, co u nich oznaczało właśnie "kocham cię", ale nie pamiętam kompletnie co to za romansidło było ;)

Dbajcie o swój język miłości. Twórzcie go razem i dopisujcie nowe słowa, takie tylko Wasze :)




PS 1. W ferie była u nas moja Siostra i za każdym razem, kiedy słyszała "om", patrzyła się na nas trochę dziwnie. Postanowiliśmy z Niej zażartować i przez kilka minut nasz dialog polegał na pytaniu "Osz?" i odpowiadaniu "Om". Po paru minutach Siostra nie wytrzymała i skwitowała to tak: "Jak jesteście głodni to idźcie się najeść!".
:)

PS 2. W czasach, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że mój Mąż gdzieś tam drepta po świecie, a ja byłam "Misiem" i Kosiem" czyli "KOchanym MiSIem", dostałam taki właśnie zrobiony kilkunastostronicowy słownik :D i to jedyna rzecz, którą z tamtych czasów zachowałam, bo naprawdę pomysł, wykonanie i treść w swojej formie bardzo mi się podobają :) i można wykorzystać ten pomysł w przyszłości:)





Czytaj dalej »